Blog
Polowanie po polsku Drukuj
poniedziałek, 21 sierpnia 2006 03:00

Polowanie po polsku

W wsi Datyń w lubuskiem 60-letni myśliwy zabił 53-letniego rolnika w jego własnej kukurydzy. Pomylił go z dzikiem. - Myśliwi się rozpanoszyli – napisał jeden z internautów, a inny dodał, że już dawno ten głupi „sport” powinien odejść w przeszłość.

Też mi się nie podoba polowanie po polsku. Karygodna i tragiczna w skutkach głupota zwraca uwagę na polskie myślistwo, uprawiane na cudzych polach, w pogardzie dla praw właściciela. Święte prawo własności jest deptane dosłownie i w przenośni przez panoszących się myśliwych i nic się tu nie zmieniło od czasów komuny. Nie tylko pies rolnika jest zagrożony na swoim polu, ale jak widać również i sam rolnik.

Trudno będzie to zmienić, bo lobby myśliwskie jest bardzo silne, a w dodatku uzbrojone. Gdy w Sejmie poprzedniej kadencji myśliwi zwarli szyki, żeby przywrócić chwilowo odebrane im prawo strzelania do psów i kotów na chłopskich polach, byli nie do zatrzymania. O ironio, prawo to zapisali sobie w ustawie …o ochronie zwierząt!

Samosąd po polsku z policją w tle

W Nowym Tomyślu policjant z pomocą rodziny wywlókł z domu, załadował do bagażnika auta terenowego, wywiózł w pole i pobił czterech nieletnich chłopców. Podejrzewał ich o zrobienie dziury w płocie. Szkoda niby niewielka, ale policjant zadziałał w myśl zasady zero tolerancji. Zdaje się jednak, że ten samosąd skończy się dla niego źle, prokuratura wystąpiła o areszt..

W telewizji pokazali, że na ogrodzonej działce policjanta spacerują sarny i dziki. Mam nadzieję, że ktoś się tym zajmie, bo trzymanie dzikich zwierząt jest prawnie zabronione.

Pawlakowi dziękujemy

Waldemar Pawlak wypowiedział się w Wierzchosławicach do kamery o PSL-u Piast. Za promocję Piasta dziękujemy, ale haniebną sprzedaż Grzybowskiej pamiętamy.

Gdy Pawlak przebywał na Święcie Czynu Chłopskiego w Wierzchosławicach – Pomnik Czynu Chłopskiego, sprzedany przez Pawlaka i rozebrany przez nowych właścicieli Grzybowskiej – przebywał nie wiadomo gdzie.

Prawda i Pojednanie

Ambasadorem Polski w Niemczech został mianowany Marek Prawda. Miejmy nadzieję, że Prawda przyczyni się do Pojednania. 

 
Po wielkiej suszy Drukuj
czwartek, 10 sierpnia 2006 03:00

Po wielkiej suszy wielkie deszcze i nawet powodzie. Pomogła, może aż za bardzo modlitwa w Sejmie. Może też pomogło wznowienie rozgrywek ligowych w piłce nożnej. Przypomina się taka anegdota: Wódz afrykańskiego plemienia wysłał syna na studia do Oxfordu. Po roku chłopak wraca do rodzinnej wioski i opowiada, jakie cuda widział w Anglii, a wojownicy słuchają go zadziwieni. Najdziwniejszy to był taki plac, porośnięty krótką trawą, wokół którego siedziało mnóstwo ludzi, może więcej niż całe nasze plemię. Oni mówią na to stadion. I z jednej strony tego stadionu wyszło jedenastu wojowników ubranych na czerwono, z drugiej jedenastu wojowników ubranych na niebiesko. W kole na środku stanął ubrany na czarno czarownik z biało-czarną kulą w ręku. Położył tę kulę na trawie, gwizdnął – i wtedy zaczął deszcz padać!

Żniwa bez romantyzmu. Nigdzie kosy, ani nawet snopowiązałki. Tylko kombajny. Żniwa wyglądają mniej więcej tak, że widzisz na polu rosnące zboże, a za jakiś czas widzisz już tylko rzędy wymłóconej. słomy, albo jej sprasowane belki. Wspominam z łezką moje żniwa z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Jeszcze kosiłem żyto kosą. Nielekka to praca, wymagająca siły i techniki. Potem była kosiarka i żniwiarka konna. Kilka żniw obsłużyła snopowiązałka z kółka rolniczego. Od 1976 roku w gospodarstwie rodziców pojawił się radziecki traktor Władimiriec, a w rok później już własna snopowiązałka. To byłą prawdziwa rewolucja techniczna, żniwa nadal jednak wymagały ciężkiej pracy, zwłaszcza zwózka snopów składanych do stodoły i w sterty. Nigdy nie zapomnę tych ostatnich fur, wiezionych wieczorem, w chłodzie po upalnym ciężkim dniu, gdy leżąc na snopkach patrzyłem w gwiazdy na pogodnym, sierpniowym niebie. Jakbym płynął tą furą po Mlecznej Drodze. Wielki wóz snopów pode mną, wielki wóz gwiazd nade mną. Gwiezdny wóz pozostał, wozu ze snopkami i koni już nie ma. I nie będzie już nigdy, a żal….

Wkurzają mnie wiadomości i komentarze sportowe z błędami. „Gazeta Wyborcza zachwyca się Marlene Ottey, która mając 18 lat zdobyła brązowy medal na olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku, a dziś ma 46 lat i jeszcze startuje na mistrzostwach Europy w Goeteborgu. Jak to się stało, że w ciągu 26 lat od Olimpiady w Moskwie Marlen Ottey postarzała się o 28 lat – tego „Gazeta Wyborcza” nie wyjaśnia. Mało tego, w artykule jest jeszcze jedna zagadka. Wskazani zostali sprinterzy, którzy przebiegli setkę i 200 metrów odpowiednio poniżej 10 i 20 sekund, czyniąc to w wieku powyżej 30 lat. Dwie linijki niżej natomiast gazeta zapewnia, że jeszcze nikt po trzydziestce takiego wyczynu nie dokonał. Czy tam pracuje jakaś korekta?

 
Anglia Drukuj
czwartek, 03 sierpnia 2006 03:00
To mój pierwszy wpis, który bez zbędnych wstępów rozpoczynam wrażeniami z tygodniowego pobytu w Wielkiej Brytanii, tak upalnej i suchej, że z czterechsetletnich londyńskich trawników została tylko goła gleba. Pierwszy raz w życiu kierowałem samochodem w ruchu lewostronnym. Nie jest to wcale takie trudne. Dużym ułatwieniem jest to, że w Anglii wszyscy konsekwentnie jeżdżą lewą stroną. W prawostronnie zorientowanej Polsce próba jazdy po lewej stronie byłaby znacznie trudniejsza.

PSL jednak próbuje jazdy lewostronnej i sposobi się do bloku wyborczego z SLD, a także z Platformą. To pewna katastrofa. Działacze wykonają komendę w lewo zwrot, ale wyborcy pojadą w prawo.

Małe szkockie miasteczko Lockerbie. 21. grudnia 1988 roku z ciemnego nieba spadały tu ludzkie ciała i szczątki samolotu. Zamach terrorystyczny kosztował życie prawie trzech setek pasażerów i kilkunastu mieszkańców miasteczka. W letnie popołudnie sennie płynie życie w Lockerbie, za to obficie płynie piwo w miejscowym pubie. Poza pomnikiem na cmentarzu, nic nie przypomina tragedii sprzed 18 lat. Wiele domów wystawionych jest na sprzedaż w Lockerbie.

Martin, lektor angielskiego, pyta co myślę o Tonym Blairze i sam wygłasza tyradę o jego zgubnej polityce, której podobno nikt w Wielkiej Brytanii nie akceptuje. Ludzie nawet nie potępiają zeszłorocznych zamachowców na londyńskie metro, bo rozumieją, że jak my w nich uderzyliśmy to i oni musieli uderzyć nas – twierdzi Martin. Kiedyś świat zachodni miał wroga w postaci komunizmu, dziś potrzebny jest nowy wróg, żeby światowy biznes zbrojeniowy mógł się kręcić, więc znaleziono sobie wrogów w muzułmanach – opowiada z przejęciem. Skrajny pogląd, ale nie sposób powiedzieć, że niedorzeczny.

Londyn to już nie zagranica, tu się roi od Polaków. W restauracji, na ulicy, w zamku Windsor, a nawet w Tate Modern Gallery – wszędzie słychać polską mowę. Rozkład jazdy autobusów z dworca Victoria wygląda z grubsza tak: Liverpool, Bielsko-Biała, Manchester, Gliwice, Gdańsk, Birmingham, Lublin, Zamość… Martin chwali Polaków, że dobrze pracują, ale przy okazji pokazuje artykuł o tym, że Britons, czyli osoby urodzone w Anglii, w niektórych dzielnicach Londynu stanowią już mniejszość. Zabraknie dla nas miejsca w Londynie jak dla Serbów w Kosowie – martwi się. Sam to widzę w metrze – pasażerów kolorowych więcej tu niż białych, a co drugi biały też nie Anglik. Martin pokazuje mi na mapie okolice Oxfordu – tam podobno jest jeszcze prawdziwa Anglia, Londyn ma już z nią niewiele wspólnego. Od 1066 roku Anglia nie była zdobyta – zauważa Martin i znów opowiada o milionie Polaków przybyłych w ostatnich 2 latach na Mamy więc polską inwazję, nie wiem czy gorszą dla Anglii z powodu przypływu siły roboczej czy gorszą dla Polski z powodu tej siły odpływu.

Martin świetnie zna historię Anglii, więc pytam coś o króla Artura, a ten nie wie, o kim mowa. Wreszcie załapał – aha, king Etfffe… Muszę popracować nad wymową angielskiego.

Zawsze mnie dziwi, po co kapitan samolotu opowiada pasażerom, że temperatura na zewnątrz samolotu wynosi minus pięćdziesiąt cztery stopnie. Przecież nikt nie wysiada, chyba, że sam kapitan, który na pół godziny przed lądowaniem już podziękował za wspólny lot i pożegnał się z pasażerami. Na szczęście jest jeszcze na posterunku pilot automatyczny…


 
Prawo i sprawiedliwość przegrywa z bezprawiem i niesprawiedliwością Drukuj
wtorek, 30 listopada 1999 01:00

1. Z powodu jak sądzę mojego udziału w programach pani Elżbiety Jaworowicz,  w moim biurze poselskim rosną stosy korespondencji od ludzi skrzywdzonych przez władze. Mam już tych spraw setki, nie nadążam z interwencjami.

2. Właśnie czytam kolejną z takich spraw. Kobieta, właścicielka firmy handlowej została znienacka aresztowana pod zarzutem wyłudzenia VAT-u. Prawie 9 miesięcy spędziła w areszcie, bez prawa widzeń z rodziną. Firma padła, zrujnowana psychicznie i finansowo kobieta wypuszczona została na wolność, ale chociaż od jej aresztowania mija prawie 5 lat, śledztwo nadal trwa, a zarzuty się sypią. Skarb Państwa najpewniej zapłaci odszkodowanie za niesłuszne aresztowanie tej pani, ale żadne odszkodowanie nie wynagrodzi moralnych i materialnych strat.

3. Inna sprawa, dotycząca wielu ludzi, setek młodych rolników. Dostali z Unii pomoc na modernizację swoich gospodarstw, po 50 tysięcy złotych, pod warunkiem, że w ciągu 5 lat uzupełnią wykształcenie rolnicze. Ci rolnicy chcieli uzupełnić to wykształcenie na kursach i egzaminach eksternistycznych, tymczasem egzaminy te zostały zniesione, przez co młodzi ludzie nie mają dziś żadnej możliwości uzyskania wykształcenia rolniczego w nakazanym 5-letnim terminie. Agencja już żąda od nich zwrotu ty 50 tysięcy, co dla większości z nich oznacza bankructwo ich gospodarstw. Państwo zastawiło na nich pułapkę, żeby im zabrać pieniądze uzyskane od Unii Europejskiej.

4. Zniszczone firmy, zabrane bezprawnie majątki, zlicytowane za bezcen domy, niekończące się procesy, lekceważenie ludzi, szykany wobec tych, którzy się skarżą – to jest niestety dość częsty obraz tego, co dzieje się w polskiej administracji, a niestety nierzadko również – nad czym szczególnie ubolewam – także w wymiarze sprawiedliwości. Tak zwany „areszt wydobywczy”, stosowany po to, żeby człowieka zmaltretować psychicznie i wydobyć samoobciążające wyjaśnienia, niestety zdarza się wcale nie rzadko. Innym zjawiskiem jest szykanowanie ludzi skarżących się. Niesprawiedliwie traktowanym ludziom zdarza się użyć w skargach mocniejszego wyrazu, a od tego już tylko krok do odpowiedzialności za obrazę prokuratora albo sądu i do więzienia prosta droga.

5. W takich wypadkach mówimy zwykle o nadużyciach władzy. Ale ta władza nie jest przecież abstrakcyjna i anonimowa. To są konkretni ludzie, znani z imienia i nazwiska urzędnicy skarbowi, komornicy, prokuratorzy czy nawet sędziowie.

Czy takiego sędziego, który aresztował na 9 miesięcy kobietę w wątpliwej sprawie gospodarczej, przy braku dowodów jej winy, czy prokuratora wnioskującego o ten areszt – sumienie nie gryzie?

Pytam retorycznie. Pewnie, że nie gryzie. Nawet nie szczeka.

6. Najgorsze jest jednak to, że na krzywdę nie ma do kogo się poskarżyć. Jako poseł nie mam i nie mogę mieć władzy zmieniania decyzji czy tym bardziej wyroków. Mogę ujmować się za skrzywdzonymi ludźmi i domagać się badania ich spraw przez instytucje do tego powołane. Piszę te moje pisma poselskie do rozmaitych ministrów, z Ministrem Sprawiedliwości na czele i dostaje często takie odpowiedzi, że nóż w kieszeni się otwiera. Nieprawidłowości nie stwierdzono, nawet jeśli wyłażą one z akt wszystkimi szparami. Kiedyś jeden z prokuratorów objaśnił odkrywczo przyczynę niewszczęcia postępowania przeciw nadużywającemu władzy urzędnikowi, że „…Każdy urzędnik ma prawo do wydania błędnej decyzji”. Wycofał się z tego stwierdzenia dopiero wtedy, gdy go spytałem z jakiego przepisu prawa wynika to niezwykłe uprawnienie urzędnika.

7. Nie, nie powiem, że poziom działania urzędów państwowych i stan przestrzegania prawa jest gorszy niż za czasów PRL-u. Ale nie powiem też, że ten stan jest lepszy. Bo nie jest. Polska jest państwem prawnym ciągle jeszcze bardziej w teorii niż w praktyce. Prawo i sprawiedliwość często niestety przegrywa z bezprawiem i niesprawiedliwością.

8. Jak to zmienić? Cudownych recept nie ma, potrzebna jest żmudna praca. Moim zdaniem najpilniejszą rzeczą jest stworzenie sprawnego i obiektywnego systemu rozpatrywania skarg. Żeby każdy człowiek mający poczucie krzywny mógł liczyć na to, że jego sprawa zostanie wnikliwie i obiektywnie zbadana i że nie będą jej badali ci, których skarga dotyczy. Potrzebna jest systemowa ustawa o skargach precyzyjnie wyznaczająca sposób badania spraw mających w tle krzywdę ludzi. Może nawet Jakiś Krajowy Trybunał Sprawiedliwości powinien powstać, zajmujący się sprawami ludzi ewidentnie skrzywdzonych postępowaniem władz.

9. No tak, już ze mnie wyłazi to skrzywienie polityczno-prawnicze. Naprawę rzeczywistości chcę, a jakże, zaczynać od zmiany prawa. Ktoś m i słusznie powie, że niewiele z tego wyniknie. Prawo jest ważne, ale znacznie ważniejsza jest wrażliwość ludzi prawo stosujących. Dobry urzędnik znajdzie sposób na uniknięcie krzywdy ludzkiej, nawet na podstawie złego prawa. Zły urzędnik skrzywdzi człowieka, nawet jeśli prawo będzie dobre.

Lepsze jest bowiem złe prawo w ręku dobrego urzędnika, niż prawo dobre w ręku urzędnika złego.

 
Polska może nie w ruinie, ale w śmieciach ginie Drukuj
wtorek, 30 listopada 1999 01:00

„Śmieciowy” raport NIK: Rosną koszty dla ludzi, dla gmin, rosną zyski biznesu śmieciowego – i rosną góry śmieci w lasach…

Niech przemówi Najwyższa Izba Kontroli, słowami jednego z najnowszych jej raportów:
„…Wprowadzony dwa lata temu nowy system gospodarowania odpadami komunalnymi nie doprowadził do rozwiązania problemu „dzikich wysypisk”, których przybywa zamiast ubywać. Rosną także koszty gospodarowania odpadami, bo gminy nie potrafią rzetelnie oszacować ilości wytwarzanych śmieci i asekuracyjnie nakładają na mieszkańców wyższe opłaty. Poza tym z firmami odbierającymi śmieci rozliczają się ryczałtem, niezależnie od ilości wywożonych nieczystości. W efekcie w nowym systemie mieszkańcy płacą więcej, choć często rzeczywiście mogliby mniej…

Więcej…
 
«pierwszapoprzednia461462463następnaostatnia»

Strona 463 z 463